Znaczenie Świętej Góry Gostyńskiej dla działalności bł. E. Bojanowskiego

Kazanie Zenona Kard. Grocholewskiego wygłoszone podczas Mszy św. na rozpoczęcie Ogólnokrajowej Konferencji Naukowej „Aktualność przekazu zawartego w źródłach i w myśli pedagogicznej bł. Edmunda Bojanowskiego dla współczesnej edukacji”, Sanktuarium na Świętej Górze w Gostyniu, 1 kwietnia 2017

 

 

  1. Tu wszystko się zaczęło

 

Mówiąc o bł. Edmundzie Bojanowskim tutaj na Świętej Górze Gostyńskiej, chciałoby się włożyć w jego usta, słowa jakie św. Jan Paweł II wypowiedział w Wadowicach: “Tu […] wszystko się zaczęło” (16 czerwca 1999). W jednym z dwóch dzieł, które będą dzisiaj prezentowane, zatytułowanym „Prace, szkice i notatki Edmunda Bojanowskiego”, znajdujemy bardzo barwnie opisaną przez niego „Legendę o cudownej figurze Matki Boskiej Bolesnej na Świętej Górze Gostyńskiej” (tom I, 223-231). Trudno nie odnieść wrażenia, że Autor chce powiedzieć, iż to nie tylko legenda, bo Matka Najświętsza naprawdę obrała to miejsce, tutaj doznaje szczególnej czci i udziela obfitych łask wiernym, uciekającym się do Niej w różnych potrzebach. By nie być gołosłownym, pisze:

 

„Azaliż chcecie, aby wam którego [z żyjących wiernych] na świadectwo stawić? Owóż i ten, co tę książeczkę dla was układał, doznał na tym świętym miejscu, jeszcze dzieckiem, cudu, kiedy już bliski skonania przez matkę poruczony tutaj Najświętszej Matki Bolesnej opiece wraz odzyskał zdrowie” (s. 230).

 

Potem szerzej opisuje ten fakt, choć anonimowo:

 

„Z najnowszych czasów znajduje się w tutejszym kościele srebrne wotum przedstawiające Oko Opatrzności w promieniach […] ofiarowane około 1819 r. przez jedną matkę z okolicy tutejszej na podziękę za cudowne uzdrowienie synka jej kilkoletniego, którego w ciężkiej chorobie opuścili już byli lekarze, gdy żadnego znaku życia już nie okazywał […], natenczas w żalu nieutulona matka, ufnością jeszcze w Bogu i osobliwszym zawsze nabożeństwem przejęta do Matki Boskiej Bolesnej Gostyńskiej, klęka i gorące modły zanosi o wskrzeszenie gasnącego dziecięcia, aż omdlewająca i zalana łzami widzi naraz przed sobą jakoby wznoszącą się w górze postać Najśw. Matki Bolesnej, w tym samym kształcie jak cudowna figura gostyńska, i trzymająca obiema rękoma Dzieciątko w bieli ubrane, które zdawała się spuszczać ku klęczącej matce. Ta na ten widok uszczęśliwiona wydala głośny okrzyk radości, wyciągnęła ręce do góry, jakby z rąk Najśw. Panny swe dziecię odebrać chciała. Wtem znikło widzenie. Matka, porwawszy się z modlitwy, biegnie do drugiego pokoju, gdzie konające dziecię leżało i znajduje je, jakby ze snu obudzone i wesoło ku matce spoglądające. Od tej chwili chore dziecię tak nagle do zdrowia wróciło, że w kilka dni powstało ze śmiertelnego łoża” (s. 230-231).

 

Ten opis, kończący jego pasjonujące opowiadanie o cudownej figurze Matki Boskiej Bolesnej na tej Świętej Górze, wskazuje niewątpliwie na fakt, że bł. Edmund przypisywał temu wydarzeniu kluczowe znaczenie dla jego życia i misji. Można więc włożyć w jego usta słowa: tutaj rzeczywiście wszystko się zaczęło. Dobrze więc, że tą Ogólnokrajową Konferencję Naukową na jego temat rozpoczynamy właśnie tutaj w tym wymownym sanktuarium. Tym bardziej jest to uzasadnione, że tutaj nie tylko wszystko się dla niego zaczęło, ale ta świątynia stała się dla bł. Edmunda ulubionym miejscem w całym jego życiu, miejscem ogromnie ważnym dla realizacji jego specyficznego powołania.  

 

  1. Miłość – główną inspiracją myśli i głównym motorem działania

 

Analizując bogatą twórczość intelektualną, wychowawczą i charytatywną bł. Edmunda Bojanowskiego, jak również przeglądając potężną dokumentację jego przemyśleń, zawartą w pokaźnych tomach „Dziennika” , „Korespondencji” oraz ostatnio wydanych dzieł, które będą szczególnym przedmiotem obecnej Konferencji Naukowej, nie trudno dostrzec, że główną inspiracją jego myśli jak również głównym motorem jego poczynań była miłość.

 

Miłość nie sielankowa, ale będąca jakimś ogniem w sercu, który usilnie nakłania do konkretnego działania na co dzień.

 

Właśnie tutaj, w tym sanktuarium, Bojanowski łączył żarliwy kult do Matki Bożej z napełnianiem swego serca miłością. Wzruszające są jego wyznania o tym, z jaką radością, otuchą i entuzjazmem wracał z tego sanktuarium do domu.

 

Jest rzeczą ogromnie ważną, aby i nasz żywy w Polsce kult do Matki Bożej nie był tylko szukaniem zaspokojenia własnych pragnień oraz faktycznych lub urojonych potrzeb: Matko Boża pomóż, daj, spaw, itd., ale by ten kult charakteryzowało autentyczne pragnienie umacniania się w miłości, w prawdziwej i twórczej miłości, ilekolwiek by ona miała kosztować.

 

Najważniejszą jest bowiem miłość zarówno w perspektywie owocności naszego życia tutaj na ziemi jak i w perspektywie naszego szczęścia w wymiarze wiecznym. Św. Paweł wyraził to w sposób bardzo ekspresywny w 13 rozdziale Pierwszego Liście do Koryntian, zwanym „Hymnem o miłości”:

 

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,   
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.

[…]
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.

[…]
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość”.

Nie może być wątpliwości, że miłość, o jakiej pisze św. Paweł, to nie sielanka, lecz miłość czynną, ofiarna. W tymże „hymnie o miłości” zaznacza on bowiem także:

„Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma”.

 

Tak, ze wszystkich rzeczy największą jest miłość. Bóg jest miłością (1J 4, 16). My, stworzeni na Jego obraz i podobieństwo (Rdz 1, 25-27; 5, 1), jesteśmy powołani do miłości. To jest największe przykazanie (zob. Mt 22, 37-39; Mr 12, 29-32). Na końcu naszego życia będziemy sądzeni z miłości (zob. Mt 25, 31-46). Toteż św. Maksymilian Kolbe powtarzał „Tylko miłość jest twórcza”.

 

  1. Głoszenie Ewangelii pierwszym nakazem miłości

 

Gdy chodzi o konkretną realizację miłości ze strony założonego przez Bojanowskiego zgromadzenia zakonnego, w Przedmowie do wspomnianego dzieła Prace, szkice i notatki Edmunda Bojanowskiego zacytowałem słowa św. Jana Pawła II, skierowane 10 czerwca 2000 roku do całej rodziny Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej, w których ten Następca Piotra zwraca uwagę na dwa wymiary ich dobroczynnej działalności w świecie, mianowicie na ofiarną pomoc potrzebującemu człowiekowi oraz na bogaty udział w działalności misyjnej Kościoła (s. V-VI).

 

Obecnie chciałbym dodać, że nie są to wymiary niemające nic wspólnego ze sobą, lecz obydwa są wyrazem miłości wobec bliźniego. Miłość wobec innych to nie tylko aktywność charytatywna w sensie materialnym, lecz także w sensie duchowym, w sensie uczynków miłosierdzia co do duszy, o których przypomnieliśmy sobie w niedawno zakończonym Roku Miłosierdzia: wątpiącym dobrze radzić, nieumiejętnych pouczać, grzeszących upominać, strapionych pocieszać, krzywdy cierpliwie znosić, urazy chętnie darować, modlić się za żywych i umarłych.

 

W tym przedmiocie, pragnę przypomnieć, że największym dobrem, jakim możemy ubogacić innych, jest właśnie działalność misyjna, ewangelizacja, umacnianie wiary innych, ożywianie ich osobistego kontaktu z Chrystusem, przybliżanie ich do największego dobra jakim jest Bóg. Przypomniał o tym św. Jan Paweł II w Liście Apostolskim Novo millennio ineunte (6 stycznia 2001), w którym wyznaczał on program duszpasterski na nowo tysiąclecie chrześcijaństwa. Czytamy w nim między innymi, że głoszenie Ewangelii jest „pierwszym nakazem miłosierdzia” (50c).

 

Jakżeż tu nie przypomnieć pełnych realizmu słów Pana Jezusa: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16,24). Tak, to Ewangelia otwiera przed nami szerokie horyzonty życia, ukazuje całą prawdę dotyczącą naszego istnienia. Skłania więc do zdobywania dóbr, które nie przeminą i będą gwarantować życie w wiecznej szczęśliwości.

 

Zdawanie sobie sprawy, że pierwszym nakazem miłości jest przybliżanie ludzi do Chrystusa, ma ogromne znaczenie gdy chodzi o naszą pracę charytatywną, zwłaszcza w perspektywie działalności dydaktyczno-wychowawczej.

 

Z zadowoleniem więc przeczytałem, w książce będącej wywiadem z rodzicami obecnego Prezydenta Polski, zeznanie jego ojca: „Odpowiedzialny ojciec przede wszystkim marzy o tym, by jego dziecko było zbawione po długim, dobrym i szczęśliwym życiu. […] Wydaje mi się, że to jest najważniejsze, bo co innego?  Żeby dziecko wygrało konkurs piękności? By zdobyło majątek? To wszystko jest bardzo kruche, ulotne. I przemija. Jeśli ktoś serio traktuje Ewangelię, nie może pragnąć dla swego dziecka niczego innego bardziej niż zbawienia” (Rodzice prezydenta. Janina Milewska-Duda, Jan Tadeusz Duda w rozmowie z Mileną Kindziuk, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2015, 35).

 

Każdy, kto chociaż pobieżnie zna życie i bogatą działalność bł. Edmunda, musi sobie zdawać sprawę z tego, jak bardzo mu zależało na tym, aby innych pociągać do Chrystusa, by prowadzić do kontaktu z Chrystusem zarówno dzieci, jak i ochroniarki, siostry oraz lud wiejski; i z jaką starannością przygotowywał założone przez siebie zgromadzenie zakonne do kontynuowania tego rodzaju zaangażowania.

 

Zakończenie

 

Niech towarzyszą naszemu życiu i rozwojowi duchowemu te trzy refleksje, które uczyniłem w oparciu o fascynujący przykład bł. Edmunda:

– by nasz bardzo żywy w Polsce kult do Matki Bożej łączyć z pragnieniem ubogacania naszych serc w miłość, tzn. w to co najważniejsze;

– by miłość była główną inspiracją naszych myśli i głównym motorem naszych poczynań;

– by w naszej pracy charytatywnej, a zwłaszcza dydaktyczno-wychowawczej, nie zapominać nigdy o podstawowym znaczeniu przybliżania innym Boga.