XXVI Ekumeniczna Piesza Pielgrzymka Białystok-Grodno-Wilno

04-09-2018 | Bez kategorii

W dniach 16-25 sierpnia A.D. 2018 roku, z łaski Bożej i za pozwoleniem Przełożonych, dane mi było pielgrzymować z Białegostoku przez Grodno do Wilna. Była to XXVI Ekumeniczna Piesza Pielgrzymka, moja ponad 20-ta, ale zarazem jedyna w swoim rodzaju. Od wielu lat w moim sercu dojrzewało a w zasadzie było pragnienie spotkania z Matką Miłosierdzia w Ostrej Bramie i szczerze mówiąc argumentem, który pozwolił mi w ogóle prosić o pozwolenie na taką pielgrzymkę była placówka, na której obecnie się znajduję – Solec Kujawski jest w miarę blisko od miejsca wymarszu.

 

Wyruszaliśmy w liczbie ok 370 osób ale już w Grodnie dołączyła do nas grupa ponad 100 pielgrzymów z terenów Białorusi. Ogółem wędrowało nas niemal 500 osób, w tym były osoby z Francji, Wiednia, Moskwy, ok 100 osób z Białegostoku i okolic oraz niemal z całej Polski. Były to na ogół osoby mające doświadczenie wielokrotnego pielgrzymowania pieszego do różnych sanktuariów w Polsce i Europie. Był np. pan, który do Białegostoku przywędrował pieszo z Tarnowa, by dalej podążać z nami do Wilna. Wśród pielgrzymów zaszczytne miejsce zajmował wędrujący w tej pielgrzymce po raz czwarty ks. biskup Henryk Ciereszko, biskup pomocniczy archidiecezji białostockiej. Poza tym było 13 kapłanów z różnych stron Polski, 11 sióstr zakonnych (wg księdza przewodnika rekordowa liczba) i 6 kleryków.

 

Pierwsze wrażenia, jakie mi towarzyszyły podczas tych rekolekcji w drodze związane były pewnie z rzeczami przyziemnymi jak jedzenie i spanie, ale i to ma jakieś znaczenie w wędrowaniu. Byłam pod wielkim wrażeniem ilości jedzenia, którym się z nami dzielono i to nie tylko na terenach Polski, ale także na terenach Białorusi i Litwy. Może 2 lub 3 dni spośród 9-ciu były takie, gdy obiady wydawała nam kuchnia polowa, ale nie z braku hojności okolicznych ludzi tylko z powodu wędrowania przez lasy i okolice nie zamieszkałe przez ludzi.   Każdego dnia słuchaliśmy tematycznych konferencji nagranych specjalnie dla nas przez ks. Adama Wińskiego, misjonarza z Kuby. Elementem charakterystycznym była 15-minutowa cisza po każdej z nich, co pozwoliło na spotkanie osobiste ze Słowem.

 

Codziennie też na jednym z dłuższych postojów mieliśmy możliwość uczestniczenia w cichej godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu, co było dla nas bardzo cennym pokarmem duchowym i wzmacnianiem sił wewnętrznego człowieka.

 

Każdy proboszcz miejsca, w którym się zatrzymywaliśmy na postój – zawsze połączony z jedzeniem, którego nie byliśmy w stanie “przejeść” – otrzymywał prezent, np. alby, komże, kielichy, a na terenach Białorusi czy Litwy był to np. pozłacany kielich z grawerem 400-lecie konsekracji kościoła w Grodnie czy świeczniki lichtarzowe, baldachim na procesje. Podobnie szkoły, które użyczały na swojej gościnności otrzymywały hojne prezenty, np. 500 kg środków czystości. Granicę białoruską przekraczaliśmy w Kuźnicy i muszę przyznać, że taką ilość osób przepuszczono dość sprawnie i zaraz potem byliśmy “pod opieką” – eskortowani przez milicję grodzieńską, a jeden z milicjantów wędrował razem z nami na końcu naszej grupy.

Bardzo poruszające było wyznanie jednej z celniczek białoruskich: “módlcie się za mnie, poszłabym z wami, ale zwolnili by mnie z pracy”. Oczywiście nie sposób pominąć postojów przy…Leninie, który wciąż “żyje” i niestety dla niektórych nadal jest opłakiwanym wodzem narodu. 

 

 

Nieco inaczej było z wychodzeniem z Białorusi – tam przetrzymano nas ponad 3 godziny dokładnie sprawdzając wszystkie dokumenty, a niektórym zaglądając do bagaży podręcznych. Tuż przed granicą jeden z kapłanów poinformował nas, że z Białorusi nie wolno wynieść za granicę wędliny i prosił, by kto ma jakiś prowiant spożył go zanim zostanie zdeponowany przez celników (na ile to prawda nie weryfikowaliśmy,ale przyjmowaliśmy to za pewnik i kto miał kanapki to spożywał w pośpiechu). Na Litwie czuliśmy się już jak w Unii – nawet zwierzęta były takie “nasze”… W pierwszej miejscowości na Litwie, gdzie mieliśmy przewidziany obiad zostaliśmy powitani niemal jak Ojciec święty – szpalery ludzi po obu stronach drogi, kwiaty pod nogami i biało-czerwone balony z napisami “100 lat”. Było to bardzo wzruszające.

 

Samo natomiast Wilno zrobiło na mnie bardzo smutne wrażenie – pomijając to, że nikt nas nie eskortował, żadnego zabezpieczenia policji. Nawet wydawało się że tiry chcą nas zepchnąć z drogi – trzeba było iść całkiem po trawniku albo poboczem.

 

Przed Ostrą Bramą nikt nie powitał oficjalnie naszej grupy. Księża mówili, że nawet tamtejszy kościelny z niechęcią dawał im lekcjonarze po polsku. Tak ogólnie jest tam dość duża niechęć do Polaków, ale nie można tego generalizować… Niesamowitym podprowadzeniem nas do wejścia przed oblicze Matki Miłosierdzia były słowa z ostatniej konferencji i zachęta, by powtórzyć przed Maryją słowa św. Maksymiliana: Matko Boska Ostrobramska, nie masz na swych rękach Dzieciątka Jezus, to weź mnie w swoje ręce i przenieś szczęśliwie przez całe życie”. Wieczorem tego samego dnia ci, którzy mieli jeszcze siły, zgromadzili się na Apelu Jasnogórskim, by łączyć się z duchową stolicą Polski – Częstochową. Następnego zaś dnia dane nam było jeszcze nawiedzić – już indywidualnie – miejsce, w którym jest obecnie obraz Pana Jezusa Miłosiernego, jaki Jezus kazał namalować św. Faustynie. Natomiast o godzinie 10.00 była sprawowana w tamtejszej katedrze Msza święta dla nas, pielgrzymów z Polski. Była to jedyna Msza święta w języku polskim przy ołtarzu głównym w katedrze w ciągu roku. Po Eucharystii wracaliśmy autokarami do Polski po drodze nawiedzając jeszcze Sanktuarium w Studzienicznej koło Augustowa.

 

Podzielę się jeszcze takim może przyziemnym ale ciekawym i z opowiadań naszych sióstr znanym faktem a mianowicie…korzystania z bani białoruskiej. Ja wyobrażałam sobie ją jako wielką balię, do której wchodzi na raz kilka osób i tam jest podgrzewana woda z bąbelkami a okazało się, że to jest kilka pomieszczeń, w których jest bardzo wysoka temperatura – coś na wzór sauny. Początkowo jak nam gospodyni w Raduniu o tym powiedziała, byłyśmy jako siostry przerażone tym, że mamy wejść wspólnie do jakiegoś pomieszczenia, w którym mamy się potem też myć, ale w rzeczywistości okazało się to bardzo dobrą kuracją regenerującą nasze siły i wcale nie musiałyśmy wchodzić po kilka osób. Już od następnego dnia myślałyśmy, czy będzie jeszcze możliwość gdzieś na kolejnym noclegu skorzystać z tej bani i jednym siostrom się udało, innym nie.

 

Jeśli Pan Bóg będzie tak łaskawy, to chętnie wybrałabym się jeszcze raz na taką pielgrzymkę – zachęcając do niej każdą siostrę, której siły na to pozwalają. Niesamowitym ubogaceniem było spotykanie ludzi, którzy tam wędrowali i doświadczenie spotkania z Polakami na Białorusi i Litwie, świadectwo ich wiary i przynależności do Boga i narodu polskiego. Bogu niech będą dzięki za te duchowe rekolekcje w drodze a także Przełożonym za pozwolenie…z darem modlitwy i wielkimi pragnieniami powtórzenia drogi do Matki – Bramy przez którą się przechodzi do Jezusa.

 

s. M. Katarzyna Gwóźdź