Wychowując z bł. Edmundem

Niedziela, 21 stycznia 1855

W Turwi byliśmy w Ochronce podczas podwieczorku. Siostra rozdzielała chleb pomiędzy dzieci, który z domu sobie poprzynosiły. Dla dwojga z jednego domu był jeden kawałek chleba, który siostra miała im rozkroić i gdy się zabierała do tego, wejrzał mały braciszek na nas, na ks. Hertmanowskiego i na mnie, jakoby z żalem, że widział nas stojących z próżnemi rękami i odezwał się: „Niech też siostra z naszego chleba dla księży ukroi”. Uściskaliśmy chłopczynę i dla uspokojenia go, zjedliśmy po kawałeczku z chleba sióstr, aby widział, że głodni nie odchodzimy. 

 

Niedziela, 21 stycznia 1855

Z całego serca westchnąłem na podziękowanie Panu Bogu. Istotnie pojąć nie mogłem, dlaczego tak się dzieje, że Bóg miłosierny tyle pociech w tych kilku dniach mi zasłać raczył, a do których zaliczam: niespodziane założenie Ochronki w Kopaszewie i pomieszczenie w niej Katarzyny Adamskiej, dla której do teraz miejsca nie miałem; po drugie: otrzymanie obfitej składki z Poznania na pokrycie szkód naszego Domu Miłosierdzia; po trzecie: pożądana tak wielce wiadomość od matki Jagusi, że to świątobliwe dziecię znów do Ochronki powrócić może; po czwarte: niezmiernie pożądaną i wyczekiwaną od lat kilku zmianę przełożonej w Domu Miłosierdzia. Tyle pociech, zaprawdę nie zasłużonych, tylko z dziwnej łaski Bożej pochodzących, nie umiałem sobie inaczej wytłumaczyć, tylko że je sprowadziły czyste i gorliwe modlitwy pobożnej duszy Jagusi, która od swego oddalenia się obiecywała mi codziennie modlić się o nasze wszystkie potrzeby miłosierne i o swój jak najrychlejszy powrót. W trzech tygodniach wszystkie najpożądańsze moje życzenia ziściły się, za co niech będą dzięki Najmiłosierniejszemu. 

 

Wtorek, 26 kwietnia 1853

Z powodu wczorajszej nieobecności dzieci w Ochronce mówiłem Agnieszce, aby swą usłużnością znaglały dzieci do chodzenia do Ochrony, aby ochroniarka wyszła sama na wieś po dzieci i większe przyprowadzała, mniejsze wózkiem zwoziła, pamiętając na słowa Ewangelii, które rzekł Pan słudze: „Wyjdź na drogi i między opłotki i zmuszaj do wejścia, aby mój dom był zapełniony.” (Łk 14, 16-25). 

 

Środa, 27 stycznia 1858

Pogodnie, ciepło. W polu słychać orzących i wody szumiące rowami, jak na wiosnę. Byłem w kościele i u ks. Preibisza. Prosiłem go, aby mi wymalował Oko Opatrzności ze złoconymi promieniami na tle błękitnym, z napisem u spodu: Bóg wszystko widzi. Tablicę tę chcę umieścić w izbie Ochronki Podrzeckiej nad drzwiami. Zdaje mi się bowiem, że to może mieć dużo wpływu na przebywających w tym domku. 

 

Piątek, 13 lipca 1855

Ślicznie pół dnia przeżyłem pośród dzieci małych i wieśniaków. Błogie uczucie serca czyniło mi cały świat piękniejszym i wracając przy zachodzie słońca między zbożami zieloną miedzą i ocienioną ścieżką przez brzozowy lasek, byłem przepełniony jakimś dziwnem natchnieniem sielskim. 

 

Czwartek, 22 czerwca 1854

Poszedłem do Ochronki. Zastałem Józefkę i Agnieszkę. Agnieszka wcale nie tęskni, wesoła, rozmowna. Spostrzegłem w niej rzadką żywość i baczność ducha; gdy się cokolwiek budującego i wznioślejszego powie, zaraz widać w niej ciekawość, żywsze wejrzenie i słodszy uśmiech.

 

Poniedziałek, 14 marca 1859

Zastanowiło mnie jedno dziewczątko ochronkowe. W czasie, gdy rozmawiałem w izbie ochronkowej z gospodarzami o budowie kaplicy, dzieci ochronkowe korzystając z pogodnej chwili, bawiły się na słońcu przed Ochronką. Jedno tylko dziewczątko, może pięcioletnie, zostało w izbie i nie byłbym go zauważył, gdyby nie to, że ciągle trzymało się poły mego surduta. Spostrzegłszy to, zapytałem miłego dziewczątka, czemu nie zechce z drugimi na słońcu się bawić? „O ja tu wolę! – odpowiedziało – Pan tak rzadko tutaj bywa, toteż nie odejdę, póki Pan tu będzie”. Jak tu nie kochać takich serdecznych dziatek!

 

Wtorek, 26 kwietnia 1853

Zdziwiłem się dzisiaj, gdy wchodząc na górę po schodach, powitało mię z wyraźną radością i wyciągniętymi rączkami dziecię, Marynka, która wcześniej była wielce nieśmiała i nigdy się sama do mnie nie zbliżała. W pierwszej chwili nie umiałem wytłumaczyć sobie tej nagłej w dziecięciu zmiany, aż przypomniałem sobie, iż wczoraj, na tychże schodach właśnie w tym samym miejscu zastałem to dziecię, jak zakłopotane usiłowało drugiemu, mniejszemu jeszcze od siebie dziecięciu, ułatwić zejście ze schodów, lecz samo niesilne i zbytecznym obciążone ciężarem, ledwo nie upadło wraz z tamtym ze schodów, kiedy właśnie nadszedłem i dopomogłem obojgu. Widać, że drobniutka ta przysługa została w pamięci dziecka i dziś to samo miejsce i moje spotkanie odnowiło wdzięczną w nim pamięć, którą mi radosnym powitaniem i już poufałym wyciągnięciem do mnie rączek okazało. Oto dowód, jak łatwo przychylność mniejszych dzieci sobie zjednać, byle im jakąkolwiek, troskliwość okazać.