Słowo POWOŁANIE ma w sobie rdzeń WOŁANIE …

Patrząc na ludzi, którzy z pasją wykonują swoją pracę często mówimy, że to jest fachowiec z powołania.

Samo słowo powołanie ma w sobie rdzeń wołanie – wołanie po coś, w celu wypełnienia jakiegoś zadania. W wołaniu zawarte jest oczekiwanie na odpowiedź.

 

I tak jest z Bogiem, który woła nas w tym życiu do konkretnych rzeczy i czeka na naszą odpowiedź.

 
Mówiąc o powołaniu myślimy również o ludziach poświęconych Bogu. Również nasze Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanie Poczętej Pan Bóg powołał w konkretnym celu. Żeby to  zobaczyć przenieśmy się do Polski pod zaborami.

 
Nie mieliśmy własnej ziemi, gospodarki i przemysłu, kultura i nauka były poddawane wynarodowieniu. Antypolska polityka prowadziła do walki z każdym, kto otwarcie wyznawał wiarę w Boga, Ojczyznę i kierował się honorem.

 
Ale choć zdawało się, że już nic nie mamy, to Polska nie zginęła, bo żyli Ci, którzy o nią walczyli. Walka toczyła się na trzy sposoby: zbrojnie i tu mamy powstania styczniowe i listopadowe; przez walkę o przetrwanie polskiej kultury – stąd mamy m.in. Pana Tadeusza i przez walkę o odrodzenie ludu, zubożałego i pracującego do granic możliwości na nie swojej ziemi.

 
W takiej atmosferze na szlacheckim dworze rodzi się Edmund Bojanowski, ale nie po to, by jak jego wujek gen. Umiński walczyć, bo ma słabe zdrowie, nie po to by pisać epopeje narodowe jak Mickiewicz, z którego przyjacielem Antonim Odyńcem spotykał się, gdy studiował w Dreźnie i sam wówczas był uznawany za podobnie zapowiadającego się literata. Z tej drogi zawróciły go śmierć rodziców i nawrót choroby. Zaczął się wtedy zastanawiać, po co żyje, po co, gdy miał 4 lata, uratowała mu życie Matka Boża. Czasem jest tak, że pędzimy przez życie z własnymi wizjami i dopiero ukochana osoba umierająca na raka, albo jakiś wypadek sprawiają, że zatrzymujemy się i zaczynamy rozglądać, widzimy inaczej. Tak więc Edmund wrócił do rodzinnego Grabonogu i zaczął się rozglądać, i wtedy właśnie Bóg wkroczył przez wydarzenia i ludzi. Wybuchła epidemia, a zdesperowani ludzie zaczęli przychodzić do dworu po pomoc. I tak się zaczęła przygoda szlachcica, który zaczął chodzić po chłopskich zagrodach i tracąc majątek, siły i względy na salonach odkrywa powołanie do służby ubogim i chorym.

 
Jego siłą na tej drodze jest relacja z Bogiem, przy którym trwa przez codzienną Eucharystię i modlitwę. A Bóg widząc, że Edmund przyjmuje jego powołanie pokazuje mu następny szczebel – dzieci. Dzieci, które za modlitwę w ojczystym języku są bite, dzieci, które zostają same, bo rodzice idą do pracy, dzieci, które same przedwcześnie pracują i to nie na swoją przyszłość.
A Edmund odkrywa, że to od nich zacznie się odrodzenie, dla nich zbiera ludowe przyśpiewki i uczy ich szacunku do tego, co ojczyste, uczy ich czytania i pisania, szacunku do pracy i ofiarności dla drugiego człowieka. Czyta i zapoznaje się z zagranicznymi pomysłami na wychowanie i chroni przed tym, co niszczy czystą i prostą duszę dziecka.

 
Do pomocy w rozrastającym się dziele ochronek zaprasza wiejskie dziewczęta, dla nich pisze pierwszą regułę. Dla nich jest pierwszym wykładowcą pedagogiki ucząc je tego, czego sam się dowiedział o wychowaniu dzieci. Chciał, żebyśmy były Służebniczkami na wzór Maryi, bo czyż nie po to ocaliła go Królowa Polski, by przez ochronki ochronić to, co u nas prawdziwe, dobre i piękne? Sama Matka Boża, gdy przychodziła do ludzi z orędziem w Fatimie, Lourdes, La Salette czy naszym Gietrzwałdzie przychodziła właśnie przez dzieci.     Patrząc na dzisiejszą walkę z dzieckiem już pod sercem matki, z jego czystym sercem, gdy jest małe i chłonne, z godnością ludzi starszych cieszymy się, że jako Służebniczki Maryi możemy opiekować się dziećmi, ubogimi i chorymi tak ,jak nas tego nauczył bł. Edmund.Proszę Was, zmówcie dzisiaj jedno „Zdrowaś Mario” – niech to będzie dla nas prezent w Roku Życia Konsekrowanego, byśmy trwały w Chrystusie i przynosiły owoc.

 

s. M. Weronika Ortyl