BŁOGOSŁAWIONY EDMUND – APOSTOŁ EWANGELII MIŁOSIERDZIA

Homilia  wygłoszona na Jasnej Górze 15 czerwca 2014 roku

 

Żyjemy w świecie, który Boga w sposób radykalny i na różne sposoby odrzuca, odmawia Mu prawa do obecności w życiu człowieka, w życiu społeczeństwa… Coraz częściej dzisiaj Bóg staje się „wielkim nieobecnym”… Bóg zapomniany, a nie rzadko wzgardzony i wyszydzony jak na dziedzińcu Piłata… Ten głęboki kryzys Boga, jaki przeżywamy w dzisiejszym świecie prowadzi do kryzysu człowieka. Zapomina kim jest, zapomina o swojej godności i o swoim powołaniu… Bez Boga instytucje małżeństwa i rodziny. Bez Stwórcy bowiem stworzenie ginie w sposób nieuchronny (por. GSn. 36). Bez Boga człowiek staje się dla samego siebie zagadką nie do rozwiązania… Jak często dzisiaj człowiek zapomina kim jest, zapomina o swojej godności i o swoim powołaniu… Bez Boga instytucje małżeństwa i rodziny chwieją się w swych posadach… Dlatego dzisiaj tak bardzo potrzeba wiarygodnych świadków Boga w świecie. Potrzeba ludzi odważnych, którzy potrafią iść pod prąd dominującej kultury bez Boga – ludzi, którzy w swoim życiu zdecydowanie postawili na Chrystusa i tego nie ukrywają, tego się nie wstydzą…

 

Takimi właśnie autentycznymi świadkami Boga są święci i błogosławieni. Są to ludzie, dla których Bóg jest po prostu wszystkim… Noszą oni w sobie głębokie pragnienie i głód Boga, którego nic na świecie nie jest w stanie zaspokoić… Takim świadkiem Boga był. bł. Edmund Bojanowski…! Dlatego właśnie dzisiaj, w niedzielę Trójcy Przenajświętszej, pochylamy się nad jego postacią ze szczególną uwagą i wdzięcznością, chcąc się nauczyć od niego sztuki budowania naszego własnego życia na skale, jaką jest Bóg…

 

Tak, bł. Edmund uczynił Boga niewzruszonym fundamentem swego życia… Mawiał często: „Ja nic nie znaczę. Bóg kieruje wszystkim…”. Dał się Bogu prowadzić z pełnym zaufaniem, choć nie było to łatwe. Pan zaskakiwał go i jakże często zmuszał do zmiany życiowych planów. Całe jego życie od wczesnych lat dziecięcych, jak pamiętamy, naznaczone było krzyżem choroby i cierpienia. Był człowiekiem niezwykle utalentowanym o bardzo szerokim horyzoncie zainteresowań. Otwierała się przed nim kariera i wielki świat… A przecież musiał przerwać studia, jakie rozpoczął we Wrocławiu, a potem w Berlinie i wrócić w rodzime strony, na prowincję…

 

Dał się Panu Bogu prowadzić, gdy – jako człowiek świecki – w czasach niezwykle trudnych dla Polski i dla Kościoła (czas rozbiorów!), zakładał nową rodzinę zakonną: Służebniczki Najświętszej Maryi Panny. Fenomen niezwykły; człowiek świecki założycielem i pierwszym przełożonym żeńskiego zgromadzenia zakonnego…! Gdy z pomocą Kościoła rozpoznał, że taka jest wola Boża, oddał się tej misji bez reszty: ”/jego/ Miłość do Zgromadzenia była bez granic i niepokonana żadnymi przeciwnościami. Każdą z Sióstr znał po imieniu i kochał jakby własną córkę, miłością świętą i niepokalaną…” jak zaświadcza jedna z pierwszych Sióstr służebniczek. „Był ojcem i matką i wszystkim zarazem…”. Szukając woli Bożej bardzo dbał o postawę prostoty, gdyż – według niego – prostota to prawdziwa wolność ducha… Dlatego w swoim testamencie, jaki Siostrom zostawił, tak bardzo nalegał: „przede wszystkim prostotę zalecam; dopóki ta w zgromadzeniu trwać będzie, dopóty będzie w nim błogosławieństwo Boże (…) Gdybym tu miał zgromadzone wszystkie siostry to bym powtórzył im co św. Jan umierając uczniom swoim powiedział: Siostry moje kochajcie się… a resztę Duch Święty was nauczy…”.

 

A cóż powiedzieć o głębokim pragnieniu kapłaństwa, jakie ze szczególną siłą odezwało się w bł. Edmundzie na ostatnim etapie życiowej drogi? Zwierzał się swemu przyjacielowi: „O! Co bym ja dał za to, gdybym mógł przynajmniej w nowicjatach moich, siostrzyczkom moim, choć po jednej Mszy św. odprawić…”. Bł. Edmund wstępuje do seminarium w Gnieźnie pełen nadziei… Ale oto również i tym razem Bóg miał inny plan. Gwałtowny nawrót choroby zmusza go do opuszczenia seminarium… Kard. Ledóchowski powie: „Mam mocne przekonanie, że Bóg tego świętego człowieka chce w stanie świeckim uświęcić…”.

 

Ile musiała go kosztować ta ciągła korekta planów życiowych, aby dochować wierności woli Bożej…! Pan Bóg otwierał przed nim drogi, które często szły pod prąd jego własnym planom… Wiedząc o tym, prosił Boga: „uzbrój mnie gotowością na wszelkie przygody, abym zawsze z wolą Twoją świętą zgadzać się umiał…”.

 

Skąd bł. Edmund czerpał siłę ducha do tej heroicznej wierności Bogu? Był człowiekiem głębokiej modlitwy – to był jego żywioł, z niej czerpał natchnienia i siłę do prowadzenia tylu dzieł miłosierdzia… Żył życiem Sanktuarium w Świętej Górze… Ile razy przemierzył pieszo drogę do Sanktuarium, nawet wówczas, gdy choroba się nasilała i każdy krok sprawiał mu niewypowiedziane cierpienie… Żył Eucharystią w czasach, kiedy częsta komunia św. nie była tak rozpowszechniona jak dzisiaj… Był czcicielem Maryi od dzieciństwa, wdzięczny za łaskę cudownego uzdrowienia. Nazywał Ją „moją Panią”, „szczególnie umiłowaną”… Na Jej cześć pisał modlitwy, układał pieśni… Obraz Matki Bożej Częstochowskiej polecił zawieszać przy wejściu do każdego domu, każdej ochronki Sióstr Służebniczek. Bł. Edmund – człowiek, który w swoim życiu całkowicie postawił na Boga…

 

W życiu bł. Edmunda heroiczna wierność Bogu zrodziła postawę głębokiej troski o człowieka – zwłaszcza ubogiego, potrzebującego pomocy… Pochodził ze stosunkowo zamożnej rodziny ziemiańskiej, a jednak umiał pielęgnować w sobie i rozwinąć niezwykle wyczuloną wrażliwość społeczną – wrażliwość na wszelkie formy ludzkiej biedy, wobec których nie pozostawał obojętny, lecz starał się im w jakiś sposób zaradzić. Żyjąc duchem Ewangelii, w sposób niezwykle twórczy, dał początek założonemu przez siebie Zgromadzeniu Sióstr Służebniczek. Tak narodził się charyzmat służby, którym Zgromadzenie żyje do dzisiaj…

 

Kochał Ojczyznę… Podczas gdy dla wielu ludzi miłość Ojczyzny sprowadza się często do pięknych słów i wzniosłych haseł, dla bł. Edmunda natomiast autentyczny patriotyzm był sprawą czynu… Umiał doskonale odczytywać „znaki czasu” i dawać na nie konkretną odpowiedź. Wówczas chodziło przede wszystkim o czyn pracy organicznej dla dobra polskiego ludu, w którym widział wielką siłę moralną narodu… Stąd zrodziła się jego głęboka troska o rodzinę, a w rodzinie troska o kobietę, troska o dziecko… Bardzo wysoko cenił rolę społeczną kobiety jako matki i wychowawczyni, jako stróża tradycji i najwyższych wartości… Natomiast z jego troski o dziecko, zrodził się oryginalny system pedagogiczny wychowania integralnego, któremu służyły ochronki wiejskie oraz założone przez niego nowe Zgromadzenie zakonne.

 

Bł. Edmund jawi się dzisiaj przed nami jako opatrznościowy prekursor nauki Soboru Watykańskiego II o powołaniu i misji świeckich w Kościele i w świecie. Pod tym względem zdecydowanie wyprzedzał swoją epokę… Dzisiaj jest on dla świeckich katolików swego rodzaju wyzwaniem, aby naśladując jego „wyobraźnie miłosierdzia” w sposób twórczy odważnie stawiali czoło zadaniom, jakie stają przed Kościołem w naszych czasach. Priorytety są ciągle te same: Bóg, rodzina, kobieta, dziecko…

 

Bł. Edmund, jego postawa ewangeliczna budzi nas z letargu egoizmu i obojętności, budzi w naszych sercach święty niepokój co do naszego sposobu bycia chrześcijanami – uczniami Chrystusa… Chrześcijanin to dobry Samarytanin, który umie zatrzymać się przy potrzebującym człowieku, by opatrzyć jego rany, który od potrzebującego brata i siostry nie odwraca się plecami, ale umie spojrzeć w oczy i wyciągnąć pomocną dłoń – jak nas uczy Ojciec Święty Franciszek… Oto życiowa dewiza bł. Edmunda, jaką przekazał swoim Siostrom Służebniczkom: „Pracuj więc duszą miłując Boga nade wszystko, pracuj sercem ćwicząc się w miłości bliźniego, pracuj myślą trzymając ją nieoderwaną od Krzyża Chrystusowego, pracuj ręką, służąc ubogim i chorym, jakbyś samemu Jezusowi służyła…”. To jest czysta Ewangelia…

 

Postać bł. Edmunda zmusza nas wszystkich do rachunku sumienia z naszej „wyobraźni miłosierdzia”… I zdaje się mówić dzisiaj do każdego i do każdej z nas słowami św. Pawła; „Bracia, radujcie się, dążcie do doskonałości, pokrzepiajcie się na duchu, jedno myślcie, pokój zachowujcie, a Bóg miłości i pokoju będzie z wami…” (2 Kor 13,11-13).

 

Kard. Stanisław Ryłko